|
Wiaterek dmucha szósteczką z NW. Przy przesmyku pomiędzy Kithonos i Serifos duje z NNE, drugie podejście aby schować się za wyspą i po równiejszym morzu pognać na północ spełza na niczym. Doświadczenia z Bałtyku nie na wiele się tu przydają. Greckie Cyklady to nie Bornholm za którym w czasie sztormu można przeczekać nawałnicę. Zarówno po nawietrznej jak i po zawietrznej stronie wyspy wieje, po zawietrznej mogą występować dodatkowo zawirowania. Wracamy na poprzedni baksztagowy kurs i lecimy do Sifnos. Prędkości rozwijamy imponujące 7 - 8 w. Idea śniadania na wodzie bardzo oszczędza nasze zapasy żywności. Kambuz nie może narzekać na nadmiar roboty. Większość ludzi przebywa na pokładzie i je na pokładzie. Właściwie jemy śniadanie, około 0100 - 0200 zupkę i wieczorem obiado-kolację. Kierujemy się do Vathi. Oba ramiona zatoki z podwodnymi i nadwodnymi głazami. O oznakowaniu kardynalnym albo bocznym można zapomnieć, wchodzimy środkiem asekurując się mapą z GPS'a. Dwa jachty stoją na kotwicy, jeszcze dwa stoją przy pirsie. Za nami jeszcze dwa jachty wchodzą do zatoki. Kusi mnie stały ląd ale cholera wie jakie tam mają głębokości, w locji nie ma nadbrzeża. Mały jacht płynący za nami zacumował. Drugi, większy przymierza się. Bierzemy ponton i sondujemy dno, głębokości na styk, nieprzyjemnie głazy na prawo przy podejściu do nabrzeża. Zostawiamy Tomka na lądzie i wracamy po jacht. Rozpędzam się tyłem kierując jacht na wolny kawałek pirsu. Ze trzy długości łodzi rzucamy kotwicę. Dochodzę na odległość 2 - 2,5 m. wydaję komendę żeby rzucili Tomkowi cumy z rufy, delikatnie dociągniemy jacht na linach bo przy brzegu płytko i kamienie. Rudniarz mówi że nie dorzuci, ano mazurskie pływanie się kłania. Powinniśmy omówić w Kalamaki manewry portowe a nie pchać się od razu na wodę. Bardzo powoli na wstecznym dociągam na odległość z której udaje się podać cumę na ląd. Facet z jachtu obok siedzi i cmoka, mówi że tu jest płytko żeby powoli podpływać. Z kolei rybak lingwista wykrzykuje common lady, common, trust me. Akurat jego trust me nie robi na mnie wrażenia. W końcu stoimy, trap opuszczony na ląd. Załogę w większości wymiata, nie dziwię się porcik jest uroczy. Piaszczysta plaża, palmy, tawerna a 15 metrów od jachtu bielony kościółek o charakterystycznej greckiej architekturze z niebieskim dachem. Do zatoki wpływa katamaran, taki morski katamaran z solidnymi pływakami, grubym masztem zamocowanym na ... pokładzie. Wyjęty czy połamany, zastanawiamy się. Raczej połamany sądząc po nieregularnym ścięciu podstawy. Na pokładzie dwie osoby, para. Cumują obok nas, rybak pomaga im, wymieniają powitania po francusku. Pękła wanta i stąd maszt w pozycji poziomej. Fajny mają ten katamaran i tylko na dwie osoby. Cały opis rejsu znajduje się na stronie www.bear.komrel.net |